Dlaczego
nie przepadałem za niedzielami? Nie przepadałem to mało powiedziane. Oczywiście
miałem swoje powody. Ten dzień to międzynarodowy czas szykowania się na
poniedziałek. A jak wiemy godzina szósta rano jest niczym środek nocy, gdy
przychodzi te najgorsze 24h. A ja? Byłem w ciemnej dupie. Może nie dosłownie,
ale tam też miałem cały świat. Do napisania dwa artykuły, a na żaden nie miałem
nawet pieprzonego pomysłu. Jeszcze gdyby za to były jakieś pieniądze to może
miałbym wenę. Kolejny kubek postawiony przed komputerem i ciągle pusta strona w
Word’zie.
- Nie, nie, nie- powiedziałem
sam do siebie z frustracją.
Przez
to wszystko zacząłem mówić do samego siebie. Moje życie sięga dna…
oceanicznego!
- Czas coś zmienić!-
wykrzyczałem i wstałem z krzesła.- A zacznę od pójścia na piwo.
Moje
plany poprawy własnego życia, poznania drugiej połowy oraz zarobienia poważnych
pieniędzy krążył po głowie od dawien dawna. Krążyły to odpowiednie słowo, gdyż
nigdy nic nie zrobiłem by coś zmienić. I tak też było tym razem. Ubrałem czystą
koszulkę z napisem „Pan własnego losu” (oczywiście ironia tego czynu niszczyła
mnie w pełni), włożyłem dżinsy i nuty po czym wyszedłem z mieszkania. Na klatce
minąłem chyba mojego sąsiada. Nie wiem czy to był on, prawie w ogóle nie znam
ludzi, z którymi mieszkam. Oni też nie chcą przyjść do mnie po szklankę cukru.
To przecież nie amerykański serial. Serial to robiłem sobie, gdy przed wyjściem
z klatki zakładałem słuchawki na uszy. Nie potrafiłem znieść świata bez nich.
Droga spod bloku do miejskiego przystanku to cztery piosenki. Jedną z nich była
„Son of the blue sky”. Od pierwszej nuty moja droga wygląda niczym
wyreżyserowana.
Idę
drogą, którą oświetlają delikatnie miejskie latarnie. Jest już prawie ciemno,
więc i ludzi coraz mniej. Nieliczni mnie jeszcze mijają. Spokój wiosennego
wieczoru i zachodzące słońce. Zachodzące gdzieś na pewno. W mieście tego nie
widać. Ręce trzymam w kieszeniach, a oczy patrzą pod nogi. Docieram tuż przed
autobusem na przystanek. Wysiada około dziesięciu ludzi. Ja jedyny wsiadam.
Zajmuje miejsce przy oknie- gdzieś na końcu. Ja, jakaś piękna kobieta, dziadek
i kierowca… Jakaś piękna kobieta? Uśmiecham się bo w tym momencie kończy się
amerykański serial. Ona tam siedzi i nic się nie stanie byśmy chociaż wymienili
się spojrzeniami. Jestem już przyzwyczajony. Widzę mój przystanek, wstaje i wychodzę.
Jeszcze
pół piosenki i jestem na miejscu. Czekam przed lokalem, aż piosenka naprawdę
się skończy. Zdejmuje słuchawki i wchodzę. Pub ten nie jest niezwykle
klimatyczny, ale odpowiada mi w pełni. Na wprost od drzwi stoi długi bar, za
którym pracuje Arek- prawdziwy barman. Po prawej stronie nie wliczając drzwi od
toalety, ustawione są stoliki dwuosobowe. Wiąże się to z historią tego lokalu.
Po lewej zaś jest telewizor, miejsce dla kapeli i większe stoliki. Od zawsze
podobały mi się ściany z czerwonej cegły… Tak też było tutaj.
Lokal
był prawie w pełni wypełniony. Jedno miejsce przy barze było wolne, jakby
czekało. Usiadłem, przywitałem się z barmanem i poprosiłem:
- Whisky z Colą.
- Proszę bardzo. Jak zawsze to
samo co? – zapytał mnie Arek podając szklankę.
- Lubię whisky. Dzięki.
Siedział
bym tak nie robiąc nic, gdyby nie facet, który usiadł kawałek dalej i kiwnął
głową w geście przywitania. Zrobiłem to samo, jednak go nie znałem. Pojawiła
się wielka chmura myśli w mojej głowie… Znam go? Albo znałem? Albo jest gejem,
a ja nie atrakcyjny dla facetów… nie, nie! Oby nie. Może to ktoś ze szkoły?
Myślałem tak intensywnie, że nawet nie zauważyłem, że zdążył podejść do mnie.
- Witaj, nie poznajesz mnie
prawda?- zapytał z lekkością.
- Dobrze, że pytasz bo jakoś
nie bardzo.
- Tylko ty siedzisz samotnie w
tej knajpie. Obejrzyj się w około.
Tak też zrobiłem, nie myśląc
już o tym czy on jest gejem, czy nie. Miał racje. Nikt nie siedział samotnie.
Jedni z przyjaciółmi, inni z kobietami itd.
- Masz racje, ale…- nie dał mi
skończyć.
- Stawiam piwo.
- Ok.- Odpowiedziałem bez
zawahania.
Usiedliśmy
przy stoliku i zaczęliśmy rozmawiać. W dziesięć minut stał się dla mnie osobą,
którą znałem od lat.
- Pamiętam jeszcze, jak byłem
w liceum myślałem ile to osiągnę.
- Myślisz, że tylko ty tak
miałeś?
…
- Przeżyłem prawdziwą miłość
dzięki, której przeżyłem prawdziwą zdradę.
- Pewnie załamany piłeś do
upadłego…
- Jeżeli nigdy cholernie nie
piłeś i nie płakałeś po stracie kobiety, to znaczy, że z żadną tak naprawdę nie
byłeś.
…
- I wiem, że jestem w stanie
coś zmienić!
- To czemu jedynie „wiesz”…
Wie każdy, robi nieliczny.
- Dlaczego ty masz racje w tym
co mówisz?
- Najlepiej znają się ci,
którym nie wychodzi.
…
- Mam dość codzienności.
Czekaj idę po wódkę.
- Czekam…
- Jestem, z codziennością i
połówką. Teraz to dla mnie niestraszne.
…
- Przyjacielu mój… dlaczego
tak jest? Przecież ja zasługuję…
- Ja… ja wiem. Jesteśmy
świetni. Zdrowie!
…
- Ej, ej co jest! Co ty
robisz!
- Zostaw go!
- Patrz co on zrobił…
widziałeś?
- To nie twoja sprawa… Czekaj!
…
- Mój łeb…
- Mocno dostałeś?!
- Wracamy.
…
Obudziło
mnie słońce, które wkradło się przez okno. Gdy otworzyłem oczy poczułem, że głowa
mi pęka i to nie tylko od alkoholu. Ledwo wstałem, ale wstałem, gdyż
nieświadomość jest gorsza od bólu. Dotarłem do łazienki i zobaczyłem w lustrze,
że (mówiąc jak najdokładniej) mój ryj jest obity, jak po spotkani z kibicami
Cracovii. Podbite oko oraz spuchnięta twarz. Nie miałem ochoty myśleć co się
ostatnio działo. Napiłem się wody z kranu poczym delikatnie przemyłem twarz.
Wróciłem ostrożnie do łóżka. Popatrzyłem na zegarek i pierwszy raz powiedziałem
do siebie „Kurwa- to tylko praca, której
i tak nienawidzę”. Był poniedziałek, ten którego tak bardzo nienawidzę. Ironia
losu. Zauważyłem, że obok łóżka leży mój portfel. Otworzyłem go i ucieszyłem
się bo wszystkie dokumenty były na miejscu. Przeliczając pieniądze, których
dużo nie wydałem( bo dużo nie miałem) zauważyłem kartkę pomiędzy banknotami, na
której było napisane „Dziękuję. Gdybym Cie znała miałbyś u mnie duże piwo”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz