poniedziałek, 6 sierpnia 2012

#1- Nienawidzę poniedziałków (MS)


                Dlaczego nie przepadałem za niedzielami? Nie przepadałem to mało powiedziane. Oczywiście miałem swoje powody. Ten dzień to międzynarodowy czas szykowania się na poniedziałek. A jak wiemy godzina szósta rano jest niczym środek nocy, gdy przychodzi te najgorsze 24h. A ja? Byłem w ciemnej dupie. Może nie dosłownie, ale tam też miałem cały świat. Do napisania dwa artykuły, a na żaden nie miałem nawet pieprzonego pomysłu. Jeszcze gdyby za to były jakieś pieniądze to może miałbym wenę. Kolejny kubek postawiony przed komputerem i ciągle pusta strona w Word’zie.
- Nie, nie, nie- powiedziałem sam do siebie z frustracją.
                Przez to wszystko zacząłem mówić do samego siebie. Moje życie sięga dna… oceanicznego! 
- Czas coś zmienić!- wykrzyczałem i wstałem z krzesła.- A zacznę od pójścia na piwo.
                Moje plany poprawy własnego życia, poznania drugiej połowy oraz zarobienia poważnych pieniędzy krążył po głowie od dawien dawna. Krążyły to odpowiednie słowo, gdyż nigdy nic nie zrobiłem by coś zmienić. I tak też było tym razem. Ubrałem czystą koszulkę z napisem „Pan własnego losu” (oczywiście ironia tego czynu niszczyła mnie w pełni), włożyłem dżinsy i nuty po czym wyszedłem z mieszkania. Na klatce minąłem chyba mojego sąsiada. Nie wiem czy to był on, prawie w ogóle nie znam ludzi, z którymi mieszkam. Oni też nie chcą przyjść do mnie po szklankę cukru. To przecież nie amerykański serial. Serial to robiłem sobie, gdy przed wyjściem z klatki zakładałem słuchawki na uszy. Nie potrafiłem znieść świata bez nich. Droga spod bloku do miejskiego przystanku to cztery piosenki. Jedną z nich była „Son of the blue sky”. Od pierwszej nuty moja droga wygląda niczym wyreżyserowana.
                Idę drogą, którą oświetlają delikatnie miejskie latarnie. Jest już prawie ciemno, więc i ludzi coraz mniej. Nieliczni mnie jeszcze mijają. Spokój wiosennego wieczoru i zachodzące słońce. Zachodzące gdzieś na pewno. W mieście tego nie widać. Ręce trzymam w kieszeniach, a oczy patrzą pod nogi. Docieram tuż przed autobusem na przystanek. Wysiada około dziesięciu ludzi. Ja jedyny wsiadam. Zajmuje miejsce przy oknie- gdzieś na końcu. Ja, jakaś piękna kobieta, dziadek i kierowca… Jakaś piękna kobieta? Uśmiecham się bo w tym momencie kończy się amerykański serial. Ona tam siedzi i nic się nie stanie byśmy chociaż wymienili się spojrzeniami. Jestem już przyzwyczajony. Widzę mój przystanek, wstaje i wychodzę.
                Jeszcze pół piosenki i jestem na miejscu. Czekam przed lokalem, aż piosenka naprawdę się skończy. Zdejmuje słuchawki i wchodzę. Pub ten nie jest niezwykle klimatyczny, ale odpowiada mi w pełni. Na wprost od drzwi stoi długi bar, za którym pracuje Arek- prawdziwy barman. Po prawej stronie nie wliczając drzwi od toalety, ustawione są stoliki dwuosobowe. Wiąże się to z historią tego lokalu. Po lewej zaś jest telewizor, miejsce dla kapeli i większe stoliki. Od zawsze podobały mi się ściany z czerwonej cegły… Tak też było tutaj.
                Lokal był prawie w pełni wypełniony. Jedno miejsce przy barze było wolne, jakby czekało. Usiadłem, przywitałem się z barmanem i poprosiłem:
- Whisky z Colą.
- Proszę bardzo. Jak zawsze to samo co? – zapytał mnie Arek podając szklankę.
- Lubię whisky. Dzięki.
                Siedział bym tak nie robiąc nic, gdyby nie facet, który usiadł kawałek dalej i kiwnął głową w geście przywitania. Zrobiłem to samo, jednak go nie znałem. Pojawiła się wielka chmura myśli w mojej głowie… Znam go? Albo znałem? Albo jest gejem, a ja nie atrakcyjny dla facetów… nie, nie! Oby nie. Może to ktoś ze szkoły? Myślałem tak intensywnie, że nawet nie zauważyłem, że zdążył  podejść do mnie.
- Witaj, nie poznajesz mnie prawda?- zapytał z lekkością.
- Dobrze, że pytasz bo jakoś nie bardzo.
- Tylko ty siedzisz samotnie w tej knajpie. Obejrzyj się w około.
Tak też zrobiłem, nie myśląc już o tym czy on jest gejem, czy nie. Miał racje. Nikt nie siedział samotnie. Jedni z przyjaciółmi, inni z kobietami itd.
- Masz racje, ale…- nie dał mi skończyć.
- Stawiam piwo.
- Ok.- Odpowiedziałem bez zawahania.
                Usiedliśmy przy stoliku i zaczęliśmy rozmawiać. W dziesięć minut stał się dla mnie osobą, którą znałem od lat.
- Pamiętam jeszcze, jak byłem w liceum myślałem ile to osiągnę.
- Myślisz, że tylko ty tak miałeś?
- Przeżyłem prawdziwą miłość dzięki, której przeżyłem prawdziwą zdradę.
- Pewnie załamany piłeś do upadłego…
- Jeżeli nigdy cholernie nie piłeś i nie płakałeś po stracie kobiety, to znaczy, że z żadną tak naprawdę nie byłeś.
- I wiem, że jestem w stanie coś zmienić!
- To czemu jedynie „wiesz”… Wie każdy, robi nieliczny.
- Dlaczego ty masz racje w tym co mówisz?
- Najlepiej znają się ci, którym nie wychodzi.
- Mam dość codzienności. Czekaj idę po wódkę.
- Czekam…
- Jestem, z codziennością i połówką. Teraz to dla mnie niestraszne.
- Przyjacielu mój… dlaczego tak jest? Przecież ja zasługuję…
- Ja… ja wiem. Jesteśmy świetni. Zdrowie!
- Ej, ej co jest! Co ty robisz!
- Zostaw go!
- Patrz co on zrobił… widziałeś?
- To nie twoja sprawa… Czekaj!
- Mój łeb…
- Mocno dostałeś?!
- Wracamy.
                Obudziło mnie słońce, które wkradło się przez okno. Gdy otworzyłem oczy poczułem, że głowa mi pęka i to nie tylko od alkoholu. Ledwo wstałem, ale wstałem, gdyż nieświadomość jest gorsza od bólu. Dotarłem do łazienki i zobaczyłem w lustrze, że (mówiąc jak najdokładniej) mój ryj jest obity, jak po spotkani z kibicami Cracovii. Podbite oko oraz spuchnięta twarz. Nie miałem ochoty myśleć co się ostatnio działo. Napiłem się wody z kranu poczym delikatnie przemyłem twarz. Wróciłem ostrożnie do łóżka. Popatrzyłem na zegarek i pierwszy raz powiedziałem do siebie „Kurwa-  to tylko praca, której i tak nienawidzę”. Był poniedziałek, ten którego tak bardzo nienawidzę. Ironia losu. Zauważyłem, że obok łóżka leży mój portfel. Otworzyłem go i ucieszyłem się bo wszystkie dokumenty były na miejscu. Przeliczając pieniądze, których dużo nie wydałem( bo dużo nie miałem) zauważyłem kartkę pomiędzy banknotami, na której było napisane „Dziękuję. Gdybym Cie znała miałbyś u mnie duże piwo”. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz