wtorek, 7 sierpnia 2012

#2 - Rozlany eliksir (ME)


3:23 – diody mojego radio-budzika rażą mnie w oczy.
4:06 – diody uświadamiają, że jeszcze niecałe dwie godziny snu.
5:45 – uważaj, lepiej nie zaśnij. Pobudka z mocnej fazy snu nie jest dobra, znów nazwą Cie marudą bądź Ci wszyscy eksperci od zachowań i burzy hormonów stwierdzą u Ciebie PSM – to jedyne usprawiedliwienie złego samopoczucia – bo przecież na inne ich nie stać.
              Jest 6:00. Od kiedy dobudza mnie raczej znana mi doskonale melodia, którą ustawiłam bezwiednie kilka dni temu, opuszczenie mego - jedynego na razie - czworonożnego przyjaciela  jest raczej trudne.
            Podnosząc tors nad prześcieradło, myślę o tym, jak dobrze by było budzić się znów z dźwiękiem nowej wiadomości – wcale bym się nie pogniewała – jeśli byłoby to coś innego niż SMS z banku czy z sieci. Wstaję. Podchodzę, z resztkami marzeń sennych w czeluściach koszuli nocnej, do okna. Piękne, pochmurne niebo rozpościera się na całej szerokości i długości jaką tylko mogą dojrzeć moje oczy. Otwieram okno i już po kilku chwilach ląduje, przygotowana do "niespodziewanego" wyjścia, przed laptopem z filiżanką perfekcyjnie zaparzonej herbaty. „Dlaczego zaufali...”, „To on stoi za masakrą w USA” „Potężne uderzenie żywiołu” - takie tytuły aż sprawiają, że chce się sprawdzić pocztę z nadzieją na ciekawego e-maila. Już w czasie logowania, zerkam przez przypadek, chyba z przyzwyczajenia na przeciwległą ścianę. Już 7:02. Zabieram kilka rzeczy. Pozostaję już tylko online. Ekran na wpół otwarty. Wybiegam by stać się online również w tak mało przyjaznym realu.
            Po kilku godzinach oderwania od rzeczywistości i życia problemami większymi niż swoje, wpadam do sali wsłuchać się w głos wykładowcy. Takim sposobem po 9 godzinach wpadam do domu. W drzwiach usłyszałam - znaną mi ostatnio tylko z seriali - melodię SMS-a. Prysznic, zmiana zewnętrznej części życia, wychodzę. Skrzyżowanie ulic, tam czekało mnie spotkanie. Kilka kroków dalej było mieszkanie. Dwie godziny później z dodatkowym groszem w kieszeni i satysfakcją, że kolejna młoda Dama będzie niebawem zadowolona ze stopnia na sprawdzianie, zmierzam na autobus. „All my loving I will send to you...” słysząc wyśpiewaną deklarację Pana McCartney'a, postanawiam wysiąść i przemierzyć kilka przystanków pieszo.      
            Po drodze mija mnie wiele osób, które pewnie kiedyś spotkałam. Spróbuję się uśmiechnąć do któregoś z nich – pomyślałam szybko, jak też zrobiłam. - O dziś ewidentnie mam farta! – odśmiechnął się starszy Pan. Starym zwyczajem kobiet, polepszyłam kilka chwil później swoje myśli, kupując kolejną apaszkę.
            Blask starej lampy, w jakże oryginalnym „opakowaniu” naszego parku sprawiał, że jesienno-zimowy mrok odchodził w bok. Śnieg połyskiwał coraz intensywniej – coraz zimniej, za niedługo trzeba będzie znów wrócić do nory – przeszło mi przez myśl. Usiadłam jednak na wyjątkowo czystej i niezaśnieżonej ławce. Przechodził właśnie pan w czarnym płaszczu z tą samą książką w ręce co ja – co nie zdarza się często, szczególnie że to „Zarys toksykologii klinicznej”. Usiadł ławkę dalej. Każde z nas kroiło – tak to dobre słowo - się nawzajem wzrokiem co kilka chwil. Jednak myślę, że moje życie opisuje cytat, którego nie znałam i nie podam autora, a ostatnio przeczytałam w opisie GG mojej znajomej „Eliksir szczęścia... znając moje pewnie by mi się wylał...”. Właśnie i tego wieczoru szczęście, szczególnie w takich sprawach, nie dopisało. Rozeszliśmy się w dwie inne strony. Tak, to infantylne.
            Wieczór, zimno, w powietrzu unosi się zapach płynów do kąpieli i truskawkowego szamponu do włosów, wanna opróżniona z dużej ilości ciepłej wody, grzeje mnie tylko ciepły koc. W uszach rozbrzmiewają nieczystości jednej z winylowych płyt „liverpoolskich pudli”. Herbata znów czeka w filiżance – dobrze, że choć ona czeka. Czeka też poczta, już od rana. Otwieram machinalnie, przeglądam, choć kolejny z rzędu raz widzę zaproszenie na zakupy, masaż, weekend dla DWOJGA. Zdesperowana przeglądam resztę wiadomości. Wśród nich kilka pytań od młodszych znajomych, jeden z listów ze zdjęciami mojej przyjaciółki z ostatniej imprezy, i jeden od nieznanego mi adresu. Otwieram więc z ciekawością. Czytam z uwagą, nie mijając ani jednego przecinka. „... nieczęsto zdarza się osoba o takim podejściu jak ty...”. Zerkam z lekkim uśmiechem na datę otrzymania. Wczoraj, o … 22:25. Pewnie spałam, zapominając o takich osobach jak ta od której otrzymałam list. Pozostało jeszcze dopić z uśmiechem herbatę i odejść w objęcia Morfeusza.
Długo nie dało się zasnąć.
Zzz!
6:00 - … czy będzie milej?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz