3:23 – diody mojego radio-budzika
rażą mnie w oczy.
4:06 – diody uświadamiają, że
jeszcze niecałe dwie godziny snu.
5:45 – uważaj, lepiej nie zaśnij.
Pobudka z mocnej fazy snu nie jest dobra, znów nazwą Cie marudą bądź Ci wszyscy
eksperci od zachowań i burzy hormonów stwierdzą u Ciebie PSM – to jedyne usprawiedliwienie
złego samopoczucia – bo przecież na inne ich nie stać.
Jest 6:00. Od kiedy
dobudza mnie raczej znana mi doskonale melodia, którą ustawiłam bezwiednie
kilka dni temu, opuszczenie mego - jedynego na razie - czworonożnego przyjaciela
jest raczej trudne.
Podnosząc tors nad prześcieradło, myślę o tym, jak dobrze by było budzić się
znów z dźwiękiem nowej wiadomości – wcale bym się nie pogniewała – jeśli byłoby
to coś innego niż SMS z banku czy z sieci. Wstaję. Podchodzę, z resztkami
marzeń sennych w czeluściach koszuli nocnej, do okna. Piękne, pochmurne niebo
rozpościera się na całej szerokości i długości jaką tylko mogą dojrzeć moje
oczy. Otwieram okno i już po kilku chwilach ląduje, przygotowana do
"niespodziewanego" wyjścia, przed laptopem z filiżanką perfekcyjnie
zaparzonej herbaty. „Dlaczego zaufali...”, „To on stoi za masakrą w USA”
„Potężne uderzenie żywiołu” - takie tytuły aż sprawiają, że chce się sprawdzić
pocztę z nadzieją na ciekawego e-maila. Już w czasie logowania, zerkam przez
przypadek, chyba z przyzwyczajenia na przeciwległą ścianę. Już 7:02. Zabieram
kilka rzeczy. Pozostaję już tylko online. Ekran na wpół otwarty. Wybiegam by
stać się online również w tak mało przyjaznym realu.
Po kilku godzinach oderwania od rzeczywistości i życia problemami większymi niż
swoje, wpadam do sali wsłuchać się w głos wykładowcy. Takim sposobem po 9
godzinach wpadam do domu. W drzwiach usłyszałam - znaną mi ostatnio tylko z
seriali - melodię SMS-a. Prysznic, zmiana zewnętrznej części życia, wychodzę.
Skrzyżowanie ulic, tam czekało mnie spotkanie. Kilka kroków dalej było
mieszkanie. Dwie godziny później z dodatkowym groszem w kieszeni i satysfakcją,
że kolejna młoda Dama będzie niebawem zadowolona ze stopnia na sprawdzianie,
zmierzam na autobus. „All my loving I will send to you...” słysząc
wyśpiewaną deklarację Pana McCartney'a, postanawiam wysiąść i przemierzyć kilka
przystanków pieszo.
Po drodze mija mnie wiele osób, które pewnie kiedyś spotkałam. Spróbuję się
uśmiechnąć do któregoś z nich – pomyślałam szybko, jak też zrobiłam. - O dziś
ewidentnie mam farta! – odśmiechnął się starszy Pan. Starym zwyczajem kobiet,
polepszyłam kilka chwil później swoje myśli, kupując kolejną apaszkę.
Blask starej lampy, w jakże oryginalnym „opakowaniu” naszego parku sprawiał, że
jesienno-zimowy mrok odchodził w bok. Śnieg połyskiwał coraz intensywniej –
coraz zimniej, za niedługo trzeba będzie znów wrócić do nory – przeszło mi
przez myśl. Usiadłam jednak na wyjątkowo czystej i niezaśnieżonej ławce.
Przechodził właśnie pan w czarnym płaszczu z tą samą książką w ręce co ja – co
nie zdarza się często, szczególnie że to „Zarys toksykologii klinicznej”.
Usiadł ławkę dalej. Każde z nas kroiło – tak to dobre słowo - się nawzajem
wzrokiem co kilka chwil. Jednak myślę, że moje życie opisuje cytat, którego nie
znałam i nie podam autora, a ostatnio przeczytałam w opisie GG mojej znajomej
„Eliksir szczęścia... znając moje pewnie by mi się wylał...”. Właśnie i tego
wieczoru szczęście, szczególnie w takich sprawach, nie dopisało. Rozeszliśmy
się w dwie inne strony. Tak, to infantylne.
Wieczór, zimno, w powietrzu unosi się zapach płynów do kąpieli i truskawkowego
szamponu do włosów, wanna opróżniona z dużej ilości ciepłej wody, grzeje mnie
tylko ciepły koc. W uszach rozbrzmiewają nieczystości jednej z winylowych płyt
„liverpoolskich pudli”. Herbata znów czeka w filiżance – dobrze, że choć ona
czeka. Czeka też poczta, już od rana. Otwieram machinalnie, przeglądam, choć
kolejny z rzędu raz widzę zaproszenie na zakupy, masaż, weekend dla DWOJGA.
Zdesperowana przeglądam resztę wiadomości. Wśród nich kilka pytań od młodszych
znajomych, jeden z listów ze zdjęciami mojej przyjaciółki z ostatniej imprezy,
i jeden od nieznanego mi adresu. Otwieram więc z ciekawością. Czytam z uwagą,
nie mijając ani jednego przecinka. „... nieczęsto zdarza się osoba o takim
podejściu jak ty...”. Zerkam z lekkim uśmiechem na datę otrzymania. Wczoraj, o
… 22:25. Pewnie spałam, zapominając o takich osobach jak ta od której
otrzymałam list. Pozostało jeszcze dopić z uśmiechem herbatę i odejść w objęcia
Morfeusza.
Długo nie dało się zasnąć.
Zzz!
6:00 - … czy będzie milej?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz